Wyprawę Jana III Sobieskiego pod Wiedeń rozpatruje się najczęściej w kontekście polityki  europejskiej, zwłaszcza wobec najważniejszych graczy na arenie europejskiej – Francji i Habsburgów, a także oczywiście w kontekście relacji polsko-osmańskich. Umykają gdzieś ściśle z tym wydarzeniem związane sprawy południowych sąsiadów Polski. Nie byłoby najprawdopodobniej ani wyprawy osmańskiej na Wiedeń, ani polskiej pod Wiedeń gdyby nie było powstania na Węgrzech.

Kryzys węgierski ciągnął się od lat sześćdziesiątych XVII wieku i miał głębokie i skomplikowane podłoże. Podstawową była sprawa zachowania odrębności i samodzielności Węgier, poszanowanie instytucji węgierskich, o co szlachta węgierska, pospołu z chorwacką, walczyć musiała od początku włączenia do monarchii Habsburgów. Nałożyło się na to niezadowolenie z wyniku wojny osmańsko-cesarskiej i nazbyt ugodowego stanowiska cesarza w pokoju w Vásvár w 1664 roku. Chorwaci musieli wówczas zwrócić Turcji liczne zdobyte tereny, a ich niezadowolenie skutecznie podtrzymywały francuskie pieniądze. Był to jeden z nielicznych w dziejach nowożytnych momentów, kiedy Francja była zainteresowana wojną z Osmanami w związku z tzw. „konfliktem turbana i peruki”. Jednak w końcu lat 60. powoli zaczyna się przełom w relacjach francusko-osmańskich, choć o powrocie do normalnych kordialnych stosunków można mówić dopiero od roku 1673. Już w 1666 roku niezadowoleni z rządów habsburskich magnaci węgierscy podjęli potajemne rozmowy z Turcją Osmańską. Śmierć jednego z głównych animatorów spisku, palatyna Ferenca Wesseliniego osłabiła działalność spiskowców. Być może sprawa by ucichła, gdyby nie ujawnienie istnienia spisku i listy spiskowców, wśród których znalazły się wybitne osobistości jak: najwyższy sędzia Ferenc Nádasdy, ban Chorwacji Petar Zrinyi (Zrinski), jego szwagier Ferenc/Franjo Krsto Frankopan oraz zięć Ferenc Rakoczy. Wszyscy oni zostali skazani na śmierć i wyrok wykonano 30 kwietnia 1671 roku w Wiedniu, jedynie Franciszek I Rakoczy uniknął śmierci z ręki kata dzięki interwencji swej matki Zofii z Batorych, cieszącej się dużym szacunkiem na dworze cesarskim za powrót do katolicyzmu i wychowanie syna w religii katolickiej.   

sobieski_portret
Portret Jana III w lamparciej skórze, po 1680?, malarz nieustalony. Obraz ze zbiorów Muzeum w Wilanowie.

Likwidacja przywódców spisku spowodowała pewne wyciszenie buntowniczych nastrojów, powszechnie jednak zdawano sobie sprawę z ich istnienia, jak również z możliwości pozyskania przez opozycjonistów węgierskich wojskowej pomocy osmańskiej. W 1672 roku w Rzeczypospolitej niemal do końca wierzono, że przygotowywana przez sułtana wyprawa zostanie skierowana na pomoc Węgrom, a nie przeciw Polsce. Węgrom jednak brakowało przywódcy. Dopiero pojawienie się w 1677 roku młodego, zaledwie dwudziestoletniego Imré Thökölya, pozyskanie pomocy księcia siedmiogrodzkiego Mihály’a Apáfiego i w końcu nawiązanie współpracy (i romansu zakończonego później małżeństwem) z nie mniej energiczną wdową po zmarłym w 1676 roku Franciszku Rakoczym, Iloną Zrinyi, zmieniły sytuację.  

Wiele wskazuje jednak na to, że prawdziwymi inspiratorami zbrojnych wystąpień na Węgrzech byli Ludwik XIV i Jan III Sobieski. Początki organizacji partyzantki kuruców zbiegają się z planami sojuszu polsko-francuskiego. W Polsce działania na rzecz Węgrów podjęte zostały bardzo wcześnie, co najmniej w maju 1677 roku, w tajemnicy przed ówczesnym hetmanem wielkim koronnym ks. Dymitrem Wiśniowieckim. Organizacja partyzantki była jeszcze wówczas w powijakach, wygląda więc na to, że nie chodziło o to, by Węgrom w ich walce pomagać, lecz by ostry konflikt zbrojny wywołać. Za francuskie pieniądze zbierano oddziały w dobrach królewskich – Stryju i Samborze z zamiarem wysłania na Węgry.  Jesienią dowiedział się o nich Wiśniowiecki, uznał je za bezprawne i wielce niebezpieczne dla kraju. Wysłał wówczas list do króla z zapytaniem, co powinien uczynić w tej sytuacji, oczywiście jednak nie otrzymał żadnej konkretnej odpowiedzi. Rozesłał więc uniwersały zakazujące nieformalnych zaciągów, a także nakazał hetmanowi polnemu, Stanisławowi Jabłonowskiemu, zbrojną ich likwidację. Zażądał też wyjaśnień w tej sprawie od Węgrów uczestniczących w komisji granicznej. Te oficjalne działania hetmana wielkiego ostrzegły króla i przygotowującego potajemnie te oddziały Hieronima Lubomirskiego, toteż pospiesznie wyprowadzono je z kraju, zanim Wiśniowiecki zdołał doprowadzić do ich zniszczenia. Mimo prób ułagodzenia Wiśniowieckiego, książę poglądów swoich nie zmienił. Rozpowszechniano nawet nieprawdziwe pogłoski, że kazał rozstrzelać jednego z przywódców powstańców węgierskich, Pála Wesseléniego. Oddziały Lubomirskiego walczyły na Węgrzech na przełomie 1677 i 1678 roku umożliwiając Thököly’emu opanowanie Górnych Węgier.

Niewątpliwie więc działania króla polskiego rozdmuchały tlący się ogień na Węgrzech i pożar, jaki z niego powstał, rychło okazał się na tyle niebezpieczny dla Rzeczypospolitej, że zmusił Sobieskiego do całkowitego przewartościowania swej dotychczasowej polityki i wejścia w sojusz z Habsburgami. W rezultacie przyszło więc Sobieskiemu walczyć z powstaniem, do którego rozwoju sam się w pewnym sensie przyczynił i to mimo jego osobistej sympatii do powstańców.

Król polski bardzo szybko musiał się przekonać, że najbardziej niebezpiecznym dla rządzonego przez niego państwa pozostawało wówczas Imperium Osmańskie. Rzeczpospolita miała z nim szeroką i niezbyt jasno określoną granicę i w każdej chwili groził nowy konflikt. W dodatku pretendowało ono także do terenów Ukrainy znajdujących się wówczas pod panowaniem moskiewskim i część z nich rzeczywiście udało się mu podporządkować. Pod koniec wojny rosyjsko-tureckiej 1677-1681 Sobieski zupełnie poważnie myślał o wznowieniu wojny z Turcją po stronie Rosji. Rozmowy na ten temat były już daleko posunięte, jedynie zawarcie pokoju w Bachczysaraju powstrzymało króla polskiego od rozpoczęcia działań wojennych. Nic więc dziwnego, że gdy po zawarciu tego pokoju wzrosło zagrożenie osmańskie dla monarchii Habsburgów, zwrócił się on politycznie w kierunku cesarza.

Gdy sojusz i współpraca militarna Jana III z cesarzem Leopoldem stały się faktem w relacjach z Węgrami nastąpiła swoista schizofrenia. Król polski starał się unikać konfrontacji zbrojnej z Węgrami Thököly’a przekonując przywódcę powstania, że jego działania nie są skierowane przeciwko niemu, lecz przeciw Turkom i tym Węgrom, którzy Turków popierają, a przecież to sam Thököly stał na ich czele! Sobieski tworzył w ten sposób złudzenie potencjalnej możliwości odciągnięcia powstańców węgierskich od sojuszu z sułtanem, co w ówczesnych warunkach nie miało szans powodzenia. Węgrzy również mieli nadzieję, że uda im się odciągnąć Sobieskiego od antyosmańskiej koalicji z cesarzem. Rozmowy trwały praktycznie nieprzerwanie, dopóki Imré Thököly nie został internowany i to przez swoich sprzymierzeńców. Krótko po zwycięstwach pod Wiedniem i Parkanami, między innymi, łudzono Sobieskiego mirażem korony Węgier dla niego lub jego syna, trudno jednak traktować to inaczej niż swoisty „chwyt marketingowy”. Oczywiście pozostając w sojuszu z cesarzem król polski nie mógł angażować się aktywnie ani w politykę węgierską, ani w samodzielne działania zbrojne na terenie Węgier – był to teren zastrzeżony dla cesarza jako króla Węgier.

Jedynym terenem, na którym Sobieski mógł i powinien prowadzić działania wojenne były księstwa rumuńskie, ale i tu sytuacja była skomplikowana. W dobie wyprawy wiedeńskiej hospodarem mołdawskim był Jerzy Duca. Za jego rządów dominującą rolę w państwie odgrywała propolska partia bojarska, na której czele stał wielki logofet Miron Costin. Mimo to hospodar ten nie cieszył się zaufaniem ani poparciem króla polskiego. Przyczyn takiego stanu rzeczy było kilka. Najpoważniejszą z nich była sprawa Ukrainy. Sułtan mianował w 1681 roku hospodara mołdawskiego namiestnikiem Ukrainy. Jerzy Duca przyjął to stanowisko i główną swą siedzibę przeniósł do Niemirowa. Król polski uznał to za akt wrogi wobec Rzeczypospolitej.

W negatywnym nastawieniu do Jerzego Duki utwierdzała niewątpliwie króla emigracja mołdawska. Dużą jej część stanowili zbiegli przywódcy i uczestnicy nieudanego powstania przeciw Jerzemu Duce z roku 1668. Mihalcea Hîncul i Apostol Durac służyli z całymi swoimi oddziałami w armii koronnej i wielce przysłużyli się w czasie walk toczonych na terenie Mołdawii w latach 1673-1674. Przypomnijmy, że walki te miały na celu między innymi ponowne osadzenie na tronie Stefana Petru, nazywanego w Polsce Petryczejką. Był on hospodarem mołdawskim w latach 1672-1673 i bardzo ściśle współpracował z Polską przeciw Imperium Osmańskiemu. W dobie wyprawy wojsk Rzeczypospolitej pod Chocim jeszcze wyraźniej zadeklarował swój udział w walkach z Turkami po stronie polskiej, bowiem na kilka dni przed bitwą uciekł do obozu polskiego z częścią swych wojsk. Po zwycięskiej bitwie zastępujący Sobieskiego Mikołaj Sieniawski pomógł Petryczejce w powrocie na tron, jednak zakończenie kampanii i wycofanie wojsk polskich z mołdawskiej stolicy zmusiło Petryczejkę do wyjazdu z Mołdawii. Odtąd były hospodar zamieszkał na stałe w Polsce. O tronie mołdawskim nie przestał  myśleć, jednak w latach siedemdziesiątych realizacja tego wydawała się mało prawdopodobna. Wobec przystąpienia Rzeczypospolitej do rozmów pokojowych z Imperium Osmańskim, sejm w 1676 roku nadał indygenat Petryczejce i licznej grupie imigrantów mołdawskich, w której, między innymi, znaleźli się wspomniani Mihalcea Hîncul, Apostol Durac, a także inna znana później postać – Vasile Turcul.  

W tym czasie inny mołdawski polonofil, Miron Costin, znajdował się po przeciwnej stronie barykady. Już wcześniej nie układała się jego współpraca z Petryczejką, który usunął go ze stanowiska wielkiego dwornika Ziemi Dolnej. Choć wychowany i wykształcony w Polsce, obawiał się otwartego z nią sojuszu i konfliktu z osmańskim suzerenem, ostro więc potępił decyzję Petryczejki otwartego przejścia na stronę Polski. W 1674 roku podjął więc działania dyplomatyczne w imieniu nowomianowanego przez sułtana hospodara Dumitraszki Cantacuzino. Celem jego misji miało być skłonienie Polaków do ewakuacji mołdawskich twierdz zdobytych w czasie kampanii po Chocimiu. Misja ta nie zakończyła się wprawdzie sukcesem, lecz okazała się istotna ze względu na nawiązanie osobistych kontaktów między Costinem a przyszłym królem Polski oraz jeszcze bardziej jego osobistym przyjacielem Markiem Matczyńskim. Nieco później, w dobie polsko-osmańskich negocjacji pokojowych poseł polski Jan Gniński wykorzystywał przychylność Costina, który był wówczas wielkim logofetem, do utworzenia w Jassach punktu pocztowego. Kanclerz mołdawski natomiast zabiegał o zagwarantowanie w polsko-osmańskim układzie pokojowym zachowania dotychczasowego statusu politycznego Mołdawii. Tę dobrą współpracę przerwała jednak dymisja Costina i usunięcie go ze stanowiska kanclerza, przede wszystkim przestał działać punkt pocztowy w Jassach, co Polacy natychmiast odczuli tracąc możliwość bezpośredniego szybkiego kontaktu z krajem.

Niewątpliwie król Jan III i jego najbliższe otoczenie cenili Mirona Costina i byli przekonani o jego życzliwości. O rozwoju dobrych, serdecznych kontaktów świadczy też napisane bezbłędną polszczyzną dziełko kanclerza mołdawskiego Chronika Ziem Mołdawskich i Multańskich dedykowane Markowi Matczyńskiemu. Jako liczący się polityk, nawet chwilowo zdymisjonowany, Costin miał w Mołdawii potężne stronnictwo polityczne składające się w znacznej mierze z jego braci i innych krewnych. Potrafiło ono skutecznie działać także w Porcie Otomańskiej doprowadzając w krótkim czasie do politycznego przewrotu w Mołdawii, aresztowania panującego hospodara Antoniego Ruseta i mianowania Jerzego Dukę. Miron Costin powrócił na swe stanowisko wielkiego logofeta i prowadził politykę przyjazną Polsce, ale też realistyczną- unikając konfliktu z Imperium Osmańskim, a nie gardząc też zapewne i profitami. W Polsce uważano go jednak za polonofila, całą nieufność przekładając na Dukę.

Mimo to za jedyną osobę, na której można polegać Polacy uważali wówczas Petryczejkę, choć nieco obawiano się jego kontaktów z Moskwą. Wyruszając pod Wiedeń Jan III Sobieski zwrócił się do Petryczejki pisząc: „Nam nie zostaje, tylko jak najskuteczniej zagrzać onego, abyś sprawiwszy o tym jak najskuteczniej ziemię swoją i przyjaciół, cokolwiek tam masz kredytu, wiary, znajomości, konfidencyjej na to łożył i obrócił, jakoby się mógł tamten kraj postrzec, a do spólnych chrześcijańskich przywiązawszy się szabel, kiedyżkolwiek pogańskie zrzucić jarzmo.” Wyprawa, w której wzięły udział mołdawskie oddziały Petryczejki oraz kozackie Stefana Kunickiego, nie spełniła jednak swej roli jako dywersji, gdyż wyruszyła dopiero w końcu listopada 1683 roku, a więc  w momencie, gdy wojska biorące udział odsieczy już powracały do kraju. Niemniej jednak udało się jeszcze opanować część Mołdawii zanim powrócił do niej Jerzy Duca, który jako lennik turecki musiał wziąć udział w walkach w obozie Kara Mustafy.

Mimo niekorzystnej sytuacji Duca zdecydował się wrócić do kraju i walczyć o utrzymanie tronu. Sam autorytet jednak (zakładając, że go miał) nie wystarczył do odzyskania władzy, zabrakło armii, która rozpierzchła się po klęsce wojsk osmańskich. W dodatku w początkach stycznia 1684 r. do walk w Mołdawii włączyli się również Polacy. Oddział pułkownika Dymideckiego otoczył i wziął do niewoli Jerzego Dukę wraz z towarzyszącymi mu bojarami, wśród których znajdował się również Miron Costin. Jeńców potraktowano bardzo łagodnie, zwłaszcza po tym jak rozpoznano Costina, którego traktowano jak przyjaciela. Byli, zapewne za poręczeniem słownym, osobiście wolni, Duca zamieszkał we Lwowie, Costin korzystał z gościny królewskiej przebywając w należącym do króla pałacu myśliwskim w Daszawie.

Tymczasem po wycofaniu się Polaków Stefan Petryczejko po raz kolejny zmuszony został do wycofania się z Mołdawii. W marcu 1684 roku wkroczył do Mołdawii mianowany przez sułtana Dumitraşcu Cantacuzino, który miał opinię zdecydowanego wroga Polaków.  Przekonany o tym Sobieski nawet nie próbował się z nim kontaktować. Zresztą właśnie wówczas zawarty został sojusz Świętej Ligi i król polski nastawiony był na wojnę. Podejmując przygotowania do niej starał się skupić wokół siebie liczną, lecz skłóconą imigrację mołdawską oraz mniej liczną imigrację wołoską skupioną wokół byłego hospodara Constantina Şerbana. W celu ustalenia planu wspólnych działań zwołana została na dzień 25 lipca 1684 roku narada wszystkich środowisk imigranckich do Żółkwi. Miała ona bardzo uroczystą oprawę. Miron Costin napisał z tej okazji swój poemat w języku polskim Historyja polskimi rytmami o Wołoskiej Ziemi i Multanskiej, w którym wbrew dotychczasowym swym poglądom zamieścił słowa zachęty dla króla polskiego by zbrojnie uwolnił Mołdawię od tureckiego jarzma.

Petryczejko i skupieni wokół niego bojarzy wystosowali suplikę do Jana III, w której poddawali Mołdawię pod zwierzchnictwo króla polskiego, żądając jednak w zamian praw politycznych takich, jakie posiadała szlachta polska. Przygotowywana latem tego roku wyprawa do Mołdawii nie doszła jednak do skutku ze względu na fatalną pogodę – padające deszcze uniemożliwiły  przeprawę przez Dniestr.

W roku następnym nie udało się w porę przygotować odpowiedniej armii. Mimo to hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski zdecydował się wkroczyć do Mołdawii. Był to falstart, zważywszy na fakt, że krótko przed rozpoczęciem działań wojennych zmienił się hospodar i nie podjęto z nim żadnych prób porozumienia. Tymczasem przeświadczenie o przyjaznych Polakom nastrojach ludności rychło uległo weryfikacji, zwłaszcza, że nowy hospodar, Constantin Cantemir, okazał się bardzo skuteczny w zwalczaniu wojsk polskich.

Nie wiemy czy w wyprawie Jabłonowskiego wziął udział Petryczejko, niemniej jednak w tym czasie zaczął on tracić wpływy na dworze króla polskiego, który wyraźnie odstąpił od zamiaru osadzenia go na tronie mołdawskim. Niewątpliwie dojrzewał wówczas plan utworzenia w Mołdawii udzielnego księstwa dla królewskiego syna Jakuba.Z drugiej strony Sobieski zdawał sobie sprawę, że bez pomocy, czy przynajmniej neutralności panującego hospodara trudno mu będzie skutecznie prowadzić działania wojenne na terenie Mołdawii, zwłaszcza w oddaleniu od polskich granic, ze względu na trudności aprowizacyjne, co pokazały już wielokrotnie wyprawy podejmowane do Mołdawii w latach poprzednich. Możliwe też, że bardziej przekonujący okazał się konkurencyjny wobec Petryczejki przebywający w Polsce Miron Costin, który oferował się przekonać nowego hospodara do podjęcia współpracy z królem polskim.

W grudniu 1685 roku Costin wyruszył do Mołdawii. Cantemir przyjął go bardzo dobrze i robił wrażenie chętnego do porozumienia, jednak rozmowy trwające całą wiosnę 1686 roku nie dały żadnych konkretnych rezultatów, a główny negocjator otrzymał stanowisko starosty na Putnie – najbardziej na południe wysuniętego okręgu w kraju.

Lepiej natomiast powiodły się pertraktacje z hospodarem wołoskim Şerbanem Cantacuzino. Już od dawna współpracował on ze Świętą Ligą, bliższe były jednak jego kontakty z cesarstwem. Z Sobieskim utrzymywał kontakty jego brat, Constantin. Tym razem obiecywał Sobieskiemu daleko idącą pomoc. Według planu hospodar wołoski miał wystawić 30 tysięcy wojska i połączyć się z królem polskim na terenie Mołdawii.

Latem 1686 roku armia Sobieskiego stanęła na granicy mołdawskiej. W zamierzeniu miała przejść przez obydwa księstwa rumuńskie i zaatakować bezpośrednio terytoria tureckie. Z hospodarem mołdawskim nadal nie było jednak porozumienia, ale plany Sobieskiego w stosunku do Mołdawii też temu porozumieniu nie sprzyjały. Towarzyszył mu w tej wyprawie najstarszy syn Jakub, którego król zamyślał osadzić na tronie mołdawskim. Jednocześnie jednak grał na dwa fronty. Wchodząc już do Mołdawii podjął kolejną próbę porozumienia z Cantemirem wysyłając do niego jezuitę Wierzchowskiego z propozycją przejścia na jego stronę w zamian za dziedziczny tron Mołdawii i pierwsze miejsce w sejmie Rzeczypospolitej. Hospodar odpowiedział bardzo grzecznie, że chętnie przeszedłby na stronę króla polskiego, nie może jednak tego uczynić, gdyż jego syn znajduje się jako zakładnik w Konstantynopolu i wojska osmańskie stacjonują na terenie Mołdawii. Obiecywał natomiast poddać się królowi w przypadku zwycięstwa wojsk polskich, sam ze swej strony czynił jednak wszystko, by do tego zwycięstwa nie doszło, między innymi dając szczegółowe informacje Turkom i Tatarom o ruchach polskich wojsk. Nieco lepsze nadzieje budziła współpraca hospodara wołoskiego, jednak wbrew pierwotnym zamierzeniom nie połączył się on w królem polskim w Mołdawii, lecz ostrożniej oczekiwał wojsk polskich na Wołoszczyźnie.

Udało się natomiast Sobieskiemu pozyskać niektórych bojarów i część prawosławnego duchowieństwa, zwłaszcza że patriarchowie wschodni nawoływali do udzielania pomocy wojskom Świętej Ligi. Gdy król polski wkroczył do nieobronnych i opuszczonych przez hospodara Jass, witał go uroczyście z chorągwiami kościelnymi metropolita suczawski Dosoftei. Nie wystarczyło to jednak do sukcesu kampanii, która ostatecznie zakończyła się fiaskiem. Jedną z przyczyn niepowodzenia było spalenie magazynów żywności w monasterach w Jassach i wokół Jass. Spowodowało to wielki pożar w mieście, o wywołanie którego później niesłusznie oskarżano Sobieskiego. Wygląda raczej na to, że były to działania o charakterze sabotażowym. Ewakuacja wojsk polskich z Mołdawii postawiła w trudnej sytuacji metropolitę Dosofteia, skłaniając go do opuszczenia Mołdawii wraz z wojskami polskimi. Sędziwy  metropolita zabrał jednak ze sobą wszystko to, co uważał za najcenniejsze: relikwie św. Jana Nowego i błogosławionej Paraskewii oraz szaty i naczynia liturgiczne. Po przyjeździe do Polski osiadł w Żółkwi, prywatnym mieście Sobieskich, i nie reagował na liczne wezwania hospodara do powrotu do kraju i zwrotu wywiezionych rzeczy. Zmarł w Żółkwi w 1693 roku, jednak pozostałe po nim przedmioty nie zostały za życia Jana III zwrócone. Cały ten casus Dosofteia dał podstawę do również niesłusznych oskarżeń króla polskiego o uprowadzenie metropolity. Był to zupełny absurd, zwłaszcza że konflikt między Dosofteiem a Cantemirem istniał już wcześniej i był sprawą doskonale znaną. Błędem jednak było potraktowanie przedmiotów wywiezionych przez Dosofteia jako zdobyczy wojennej i nie zwrócenie ich Mołdawii, lecz przekazanie cerkwiom na terenie Rzeczypospolitej. Ich poszukiwanie i odzyskiwanie po zawarciu układu pokojowego trwało kilkadziesiąt lat.

Mimo wycofania się wojsk polskich z większości okupowanych terytoriów w Mołdawii, Sobieski w 1687 roku przygotował następną wyprawę. Tym razem miał ją poprowadzić hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski wraz z synem królewskim Jakubem. Wyprawa utknęła jednak pod Kamieńcem i w ogóle nie dotarła do Mołdawii. Tymczasem mimo  złych doświadczeń nie rezygnowano z prób porozumienia się z panującym w Mołdawii hospodarem. Ten ostatni zresztą też robił wrażenie osoby, z którą można się porozumieć. W połowie marca 1687 roku wysłany został do króla polskiego kluczar Diamant w celu zawarcia układu. Z królem spotkał się najprawdopodobniej w kwietniu. Z niewiadomych przyczyn do porozumienia ostatecznie nie doszło. Później nie sprzyjały temu działania wojenne prowadzone na pograniczu mołdawskim i częste podjazdy wysyłane na terytorium Mołdawii. Do rozmów powrócono z początkiem roku 1688. Cantemir wysłał wówczas do króla pârcalaba orcheiowskiego Sawę. Tym razem przebieg negocjacji był bardziej owocny. W dniu 26 maja 1688 roku Jan III Sobieski wydał dla Mołdawii przywilej protekcyjny. Brał w nim państwo mołdawskie oraz panującego w nim hospodara pod swoją opiekę, zapewniał Constantinowi Cantemirowi dożywotnie zasiadanie na tronie, utrzymanie wszystkich praw dla bojarów i duchowieństwa. Tym ostatnim król polski wydał też odrębny przywilej. Wszystko wskazuje jednak na to, że dokumenty te pozostały aktami jednostronnymi.

W tym samym czasie hospodar wołoski Şerban Cantacuzino finalizował podobny układ z cesarzem Leopoldem i trudno się temu dziwić. Wpływy polityczne cesarstwa były tam silniejsze niż wpływy polskie, dyplomacja cesarska sprawniejsza, a i sukcesy militarne mogły stwarzać wrażenie większego bezpieczeństwa dla słabszych sojuszników. Nagła śmierć Şerbana Cantacuzino w październiku 1689 roku nie zmieniła polityki wołoskiej w sposób zasadniczy. Nowy hospodar, notabene siostrzeniec poprzedniego, Constantin Brâncoveanu wprawdzie początkowo musiał zaangażować się militarnie po stronie osmańskiej i to jego zwycięstwo pod Zernest (Zărneşti) umożliwiło opanowanie Siedmiogrodu Imre Thökölyowi. Wkrótce jednak popadł w konflikt ze stacjonującymi na Wołoszczyźnie kurucami Thököly’a, uwolnił wziętego do niewoli generała Donata Heislera i oświadczył swą gotowość do potajemnej współpracy z cesarzem, zwłaszcza przeciw Węgrom. Istotnie, to w dużej mierze Wołosi przyczynili się do ostatecznej klęski Thököly’a i opuszczenia przez niego Siedmiogrodu.

Zanim to jednak nastąpiło Imre Thököly podjął działania zmierzające do odciągnięcia króla polskiego od Świętej Ligi. To właśnie z jego inicjatywy pojawiła się propozycja separatystycznego pokoju polsko-tureckiego w roku 1690, co nie zawsze jest dostrzegane w historiografii, dopatrującej się tu raczej inicjatywy francuskiej. W świetle źródeł węgierskich do zawarcia pokoju nie doszło wówczas z powodu zbyt wygórowanych żądań Polaków, którzy nie chcieli kontentować się zwrotem utraconych ziem wraz z Kamieńcem Podolskim, lecz wysuwali dalej idące żądania terytorialne. Jak wiadomo, sprawa była o wiele bardziej złożona i ostatecznie ułatwiła stronie polskiej negocjacje z cesarzem odnośnie kolejnej wyprawy do Mołdawii.

Constantin Cantemir również uznał, że korzystniejsza dla niego będzie współpraca z cesarzem, niż z królem polskim. W dniu 15 lutego 1690 roku podpisany został traktat, w którym hospodar mołdawski poddawał się pod protekcję cesarza Leopolda. Jednak w Mołdawii silne było stronnictwo propolskie, które było jednocześnie stronnictwem antycesarskim. Na czele tego stronnictwa stali wówczas bracia Miron i Weliczko Costin. Weliczko piastował wówczas stanowisko hetmana, natomiast Miron był już tylko wówczas starostą (pârcalabem) na Putnie, nadal zachował jednak ogromne wpływy polityczne. Świadczy o tym fakt, że na okres dwóch miesięcy zablokował całkowicie działalność polityczną państwa starając się nie dopuścić do ratyfikacji układu. Dopiero, gdy hospodar zagroził mu śmiercią i wygubieniem całej rodziny ugiął się i zgodził na ratyfikację. Nie miało to już wprawdzie większego znaczenia, gdyż wkrótce Habsburgowie utracili władzę w Siedmiogrodzie na rzecz Imré Thököly’a, co musiało przekonać Cantemira o niepewności także i tego sojuszu.

Gdy jednak jesienią 1691 r. kolejna wyprawa polska wyruszyła do Mołdawii nastąpił kolejny zwrot sytuacji polityczno – militarnej. Thököly został wyparty z Siedmiogrodu, a Ludwik Badeński odniósł świetne zwycięstwo nad Turkami pod Zalankemény (19 VIII 1691), gdzie na polu walki zginął wielki wezyr Mustafa Köprülüzade pasza. Cesarz Leopold utracił motyw do współdziałania z Sobieskim. Nie udało się również królowi polskiemu skłonić Rosji do podjęcia równoczesnej wyprawy na Krym. Przekonanie hospodara do współpracy okazało się jeszcze trudniejsze. Cantemir wyraźnie i jednoznacznie sprzeciwił się wkroczeniu wojsk polskich do Mołdawii, zwłaszcza że w kraju grasowały oddziały tatarskie. Jan III Sobieski, mimo wszystko, ciągle liczył na współpracę hospodara mołdawskiego, a przynajmniej licznych bojarów i ludności. Wkraczając do Mołdawii w sierpniu 1691 roku wydał uniwersał zachęcając wszystkich do współpracy i pomocy. Tym razem nie wywołał on oddźwięku takiego, jak pięć lat wcześniej, poparcia udzielili mu jedynie Mołdawianie znajdujący się w służbie polskiej. Hospodar w listach z 2 października, oficjalnym i prywatnym, ostrzegał króla przed kontynuowaniem wyprawy przekonując, że grozi to zniszczeniem kraju przez Turków i Tatarów, a także naraża na niebezpieczeństwo jego dwóch synów przebywających w charakterze zakładników w Stambule.  

Mimo wszystko pod względem wojskowym wyprawa przebiegała pomyślnie. W rękach polskich znalazły się niemal wszystkie ważniejsze twierdze w północnej Mołdawii: Soroka, Suczawa, Neamţ, Cîmpulung oraz obwarowane monastery Hîngul, Săcul i Agapia. Biorąc pod uwagę fakt, że już od poprzedniej wyprawy w rękach polskich znajdowały się Chocim i okręg czerniowiecki bilans zdobyczy obiektów wojskowych na terenie prowadzonych działań wojennych był niemal stuprocentowy. Dalszy marsz wstrzymał jednak śnieg, który pojawił się wyjątkowo wcześnie (już w połowie października) uniemożliwiając wyżywienie koni. Mimo konieczności ewakuacji armii i ogromnych strat, przede wszystkim w koniach i sprzęcie, ale także w ludziach ze względu na epidemię, wyciągnięto wnioski z poprzednich kampanii i zawczasu należycie zaopatrzono zdobyte twierdze. Pozwoliło to na utrzymanie części z nich przez kilka następnych lat. Specyfika krajów rumuńskich polegała na tym, że opanowanie twierdz nie musiało być równoznaczne z opanowaniem kraju, jednak właśnie ich posiadanie stało się najważniejszym elementem przetargowym w późniejszych negocjacjach pokojowych w Karłowicach. Już zresztą w roku następnym chan tatarski proponował królowi polskiemu mediację i zawarcie separatystycznego pokoju z Turcją na zasadzie wymiany zajętych terytoriów.

Mimo że król Jan III traktował wyprawę z roku 1691 jako wstęp do kolejnej kampanii, którą zamierzał podjąć w roku następnym, rok 1691 okazał się przełomowy w relacjach polsko – mołdawskich.

Czynników, które zmusiły króla do wycofania się z aktywnych działań na terenie Mołdawii było kilka. Najpoważniejszymi były oczywiście trudności w szybkiej odbudowie armii i sprzętu wojennego oraz pogarszający się stan zdrowia władcy. Niemniej istotnym był jednak fakt likwidacji propolskiego stronnictwa politycznego w Mołdawii kierowanego przez braci Costinów, który nastąpił w grudniu 1691 roku. Nie miał on wprawdzie bezpośredniego związku z kampanią wojenną króla polskiego, jednak pozbawił go niezbędnego oparcia  wewnątrz Mołdawii na przyszłość. Nawiasem mówiąc stacjonowanie króla w majątkach przychylnych mu bojarów spowodowało ich zniszczenie, w dalszej kolejności trudności z opłaceniem podatków i niejednokrotnie utratę majętności. Osłabło też, po śmierci Petryczejki w 1690 r., znaczenie emigracji mołdawskiej. Wprawdzie po 1685 roku król polski postawił ją na dalszym planie, ale zawsze można było wrócić, do tej koncepcji. Po śmierci Petryczejki zabrakło jednak kogokolwiek na tyle znaczącego, by mógł odegrać rolę  lidera.

W podsumowaniu nasuwają się następujące wnioski:

  1. W polityce Jana III Sobieskiego zarówno wobec księstw rumuńskich, jak też i wobec powstania węgierskiego zabrakło jednolitego i konsekwentnie realizowanego planu.
  2. Za krótkowzroczne uznać należy rozdmuchanie pożaru rewolucji węgierskiej, który wobec włączenia się Turcji Osmańskiej stał się groźny także dla Rzeczypospolitej.
  3. W odniesieniu do księstw rumuńskich Sobieski znajdował się w sytuacji błędnego koła. Mógł walczyć z Turkami jedynie na odcinku mołdawskim, jednak nie posiadał zgody na działania ani ze strony cesarza, ani hospodara.
  4. Ocena rezultatów wypraw Jana III do Mołdawii nie jest tak negatywna, jak się powszechnie przyjmuje. Obydwie kampanie mołdawskie przyniosły sukcesy i trwałe zdobycze, straty nastąpiły w wyniku działań czynników obiektywnych, jednak działania podejmowano zbyt późno (zwłaszcza w 1691 r.) i pokładano zbyt duże nadzieje w pomocy hospodara i mieszkańców. Sobieski fałszywie oceniał nastroje panujące w społeczeństwie mołdawskim spodziewając się powszechnego entuzjazmu. Tymczasem mimo starań króla, przebieg obydwu kampanii nie przysporzył mu popularności, jego działania odbierano bardzo źle i do dziś jest on postacią odbieraną w Mołdawii i Rumunii bardzo negatywnie.

Prof. dr hab. Ilona Czamańska (Instytut Historii UAM)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*